Andrzej Ligocki
Chwile, dla których warto żyć
Pięć lat temu12 lipca 2001 roku na
włoskiej grani Matterhornu zginą mój partner w górach i przyjaciel
Andrzej Długi Ligocki. Była to nasza druga próba zdobycia
tego przepięknego szczytu. Do wypadku doszło na wysokości ok. 4300m.
Andrzej odpadł od ściany ponosząc śmierć na miejscu. Przez
następnych kilka dni śmigłowiec włoskiego ratownictwa górskiego,
współpracując z nami próbował odnaleźć ciało, lecz utrudniło to
pogorszenie się pogody i świeże opady śniegu. Dzięki pomocy kilku
życzliwych osób nie zaprzestano poszukiwań i po dziesięciu dniach od
wypadku udało się Andrzeja odnaleźć i przywieźć do domu.

Około godziny przed wypadkiem
dotarliśmy, do Pic Tyndal, miejsca gdzie grań charakterystycznie się
wypłaszcza. Wspinaliśmy się nieustannie od kilku godzin i to był
dobry moment by spokojnie "złapać oddech". Usiedliśmy na bloku
skalnym, Andrzej wyciągnął termos z gorącą herbatą, ja jakieś
batony. Znajdowaliśmy się na wysokości ok. 4200m, otaczało nas
bezchmurne niebo i lśniące w słońcu alpejskie lodowce i szczyty.
Siedzieliśmy bez słów i poiliśmy zmysły tą cudowną scenerią.
Spoglądając w górę mieliśmy wrażenie, że szczyt jest tuż, tuż. W
pewnym momencie Andrzej podając mi herbatę powiedział: To dla
takich właśnie chwil żyjemy. Tak, to była jedna z tych chwil,
kiedy nasze serca wypełniała prawdziwa, niczym niezmącona radość. W
pełni czuliśmy smak tego, z czym góry utożsamialiśmy. Był to smak
prawdziwej wolności, przepięknej męskiej przygody i partnerstwa „na
dobre i na złe”. Niespełna godzinę później góry zabrały Andrzeja. Te
same góry, które kochaliśmy i po których wędrowaliśmy ścieżką
wydeptywaną przez nasze marzenia. Te same góry, które przez ostatnie
lata tak cudownie dopełniały i hartowały naszą przyjaźń.
Od tamtej chwili upłynęło już sporo czasu, a ja ciągle mam
doskonale w pamięci nasz pierwszy, jak i ostatni wyjazd. Chociaż
niektóre zdażenia pamiec przechowuje jakoś wyraźniej. Kiedyś podczas
pobytu w Kabardyno-Bałkarii w Kaukazie dotarliśmy do miejscowości
Tyrnauz. Wygłodzeni po dwóch tygodniach spędzonych wysoko w górach
weszliśmy do pierwszego napotkanego obskurnego baru. Zrzuciliśmy
ciężkie plecaki pod ścianą. Wewnątrz było pusto, tylko przy jednym
ze stolików siedział prawdziwy bezdomny „dziad wędrowiec”. Na
podłodze stał jego stary połatany tobół, a przed nim leżał
poobłamywany kawał suchego chleba. Andrzej podszedł do małego
okienka i zamówił dużą porcję jedzenia, poczym postawił ją przed
bezdomnym. Starzec podniósł wzrok, skiną głową, ale nie odezwał się.
Usiedliśmy przy naszym stoliku. Wówczas „dziad wędrowiec” wstał,
trzymając w dłoni swój chleb podszedł, ułamał kawałek i położył go
przed nami. Gdy zajadaliśmy już własne zamówione dania, naszła mnie
refleksja, że ja nie widziałem tego człowieka jako kogoś, kto
potrzebuje ciepłej strawy jeszcze bardziej niż my. Andrzej zauważył,
głodny i spragniony widział głodnego obok siebie.
Podczas jednej z rozmów, jakie odbywaliśmy siedząc w namiocie gdzieś
wysoko w górach, zadał mi nagle pytanie, czy czuję się w życiu
szczęśliwy. Trochę zaskoczony długo wahałem się nad odpowiedzią.
Wówczas Andrzej popatrzył mi w oczy i powiedział: Ja, Jarek
jestem, naprawdę jestem szczęśliwym człowiekiem. Nikogo nie
musiałby o tym przekonywać, ponieważ nie trzymał tego daru dla
siebie, lecz obdarowywał nas nim, kiedy tylko mógł. Ludzi
szczęśliwych spotykamy coraz żadziej, dlatego śmierć Andrzeja
spowodowała ogromną pustkę w życiu nas wszystkich, którzy mieliśmy
to szczęście być jego przyjaciółmi, znajomymi, nie muszę opisywać,
jak ogromną w życiu Jego mamy, Pani Teresy.
Hołdem, jaki składam Andrzejowi, za to, co wniósł do mojego życia,
za te wszystkie czasem radosne, czasem bardzo refleksyjne chwile
spędzone w górach, jest kontynuacja tej przepięknej przygody, jaką
jest alpinizm. Ryzyko jest nieodłącznym elementem towarzyszącym
zdobywaniu wymarzonych szczytów, jest jego dopełnieniem. Przed laty
wspólnie postanowiliśmy podjąć to ryzyko, by móc przeżywać silne,
prawdziwe emocje. By docenić jak cudowną rzeczą może być kubek
gorącej herbaty wypity w namiocie po powrocie z ciężkiej i długiej
akcji, by zrozumieć jak bardzo ważna jest obecność drugiego
człowieka, będąc daleko od domu, otoczonym tylko bezmiarem skały i
lodu. Zaryzykowaliśmy dla uścisku dłoni i przypływu radości po
zdobyciu upragnionego szczytu, dla tych wszystkich krajobrazów,
które pieczołowicie przechowywaliśmy w pamięci, by móc je przywołać
w chwili zwątpienia. Ta cząstka Andrzeja, jaką pozostawił we mnie
wciąż przemierza górskie szlaki i przemierzać będzie, bo nie chcę i
chyba nie potrafię zrezygnować z tej cudownej przygody, którą
wspólnie rozpoczęliśmy. Wiem, że Andrzej postąpiłby tak samo.
Rok po śmierci Andrzeja wraz ze Sławkiem Olejniczakiem stanęliśmy na
szczycie Matterhornu. Była to chwila, której nie zapomnę nigdy.
Staliśmy obok siebie w milczeniu, a z pod ciemnych okularów płynęły
nam obu łzy. Wiedziałem, że Andrzej był tam z nami, tuż obok, jednak
czułem tak ogromny żal, że nie mogę uścisnąć mu dłoni, gratulować
zwycięstwa… Wejście to okupiliśmy przymusowym spędzeniem nocy tuż
poniżej kopuły szczytowej, siedząc na małej, skalnej półce, obaj
przypięci liną do ściany. Było bardzo zimno, było też
niebezpiecznie, ale tej nocy jak nigdy byłem o nas spokojny.
|